Najpierw była na WhatsApp informacja od Simone z biura prasowego.
Że „jeden polski dziennikarz może iść”. Nie byle gdzie, nie na byle co, bo do restauracji Raffles w luksusowym hotelu w centrum Londynu na bal mistrzów Wimbledonu.
Bal to pojęcie umowne i raczej względne, za to utrwalone w języku potocznym.
Formalnie to kolacja – Champions’ Dinner.

Zanim zaczęliśmy ustalać, kto pójdzie, musieliśmy się zastanowić, w czym. Spojrzeliśmy jeden na drugiego – krótkie spodenki, koszulka polo, buty sportowe. Mało wyjściowy ten strój, a w walizkach najwyżej długie spodnie, pantofle nie w każdej, marynarka w żadnej. Zapał zgasł jeszcze szybciej, niż wybuchł. Tak na wszelki wypadek odpisałem Simone, że nie mamy w czym.
Po kilku minutach nadeszła kolejna informacja. „Na życzenie klub wszystko wypożycza”. Tak skończyły się wszelkie wymówki, maszyneria ruszyła. Narada była krótka i w cztery oczy. Krzysztof Rawa z jednej strony, ja z drugiej. PESEL przemawia za nim, ale na Wimbledonie czas liczy się inaczej. Przeważyło kilka turniejów więcej w moim CV, konkretnie cztery.
Chris z biura prasowego zaprowadził mnie do szatni, z której na co dzień korzystają tenisiści. Ponieważ to ostatni dzień turnieju, w szatni było już na tyle luźno, że z całym majdanem rozłożyła się w niej wypożyczalnia wszystkiego, co mieści się wkategorii „black tie”. Na przymiarkę czekałem w towarzystwie bliźniaka Bryana, nie mam pojęcia, którego, i Marka Philippoussisa. Tego poznać łatwo, bo jest tylko jeden. Po półgodzinie, amoże ipo całej – po prostu straciłem poczucie czasu – miałem już komplet: swoją bieliznę, zegarek i okulary, resztę, z czarnymi skarpetkami włącznie, od braci Moss i innych partnerów AELTC.

Od razu zrezygnowałem z oglądania finału ze swojego krzesełka na Korcie Centralnym i jeszcze przed meczem odwiozłem do domu laptop, aparat fotograficzny i całą zawartość szafki, bo tak objuczonego mogliby na bal nie wpuścić. Zresztą zaproszenia jeszcze nie miałem. Przynieśli je, gdy tylko wróciłem z domu na Wimbledon. Zajrzałem do zalakowanej koperty i zawiesiłem się jak stary komputer. Czytałem, rozumiałem, ale nie od razu dotarło do mnie, że to jednak prawda.
Do Sinnera i Alcaraza miałem jedną prośbę – żeby nie bawili się wpięć setów. Wysłuchali, więc pół godziny przed odjazdem pierwszego auta z Wimbledonu do Raffles poszedłem do hali tenisowej po drugiej stronie Somerset Road, gdzie mogłem się przebrać. Bratanek i jego narzeczona odprowadzili mnie do Bramy Numer 13 i zażądali wspólnych zdjęć, zanim wsiądę do limuzyny. Byłem wtakim nastroju, że podałbym im nawet PIN do karty kredytowej.

Droga do centrum bardzo się dłużyła. Miałemvwrażenie, że pół Londynu jedzie na tę samą imprezę, co ja. Takie korki. Przed wejściem do hotelu nikt nawet nie spytał o zaproszenie, człowiek w smokingu nie mógł przecież po prostu przechodzić obok z tragarzami. A w środku jak na filmach o życiu wyższych sfer. Kelnerzy nie musieli długo mnie prosić, abym trochę ulżył ich pracy i zdjął z tacy lampkę wina. Nie pamiętam, nie liczyłem…
Uzbrojony wkieliszek, ruszyłem na obchód. Raz zatrzymałem się przy monitorach, na których wyświetlony był układ stolików oraz informacja, przy którym kto siedzi. Rolak – 20, Świątek – 22, raptem kilka metrów dalej. Do „rozkładowego” czasu zajmowania miejsc siedzących pozostało jeszcze pół godziny, więc sprawdziłem, kogo będę miał za sąsiada, i ustawiłem się wkolejce do fotografa. Zdjęcie na tle obu trofeów znakomicie nadaje się na profilowe na Facebooku.
Laura Robson (czwarta runda Wimbledonu 2013), która prowadziła ceremonię, na koniec rozsądnie długiego wstępu poprosiła, aby uszanować prywatność głównych bohaterów wieczoru. Nikt więc nie podchodził do Świątek i Sinnera, aby strzelić sobie z nimi selfie na galowo, ale wielu z daleka fotografowało i kręciło telefonami filmiki. Zresztą Iga pojawiła się ze swoją świtą dopiero po przystawce, a Jannik nawet po daniu głównym. Zdążył na deser i obowiązkowe przemówienie. Zapomniał, ale partnerka mu przypomniała, że wypada jeszcze zatańczyć. Potem odprowadził ją do jej stolika i z wrażenia zapomniał także o replice pucharu, którą zostawił na scenie.

Wśród gości był Christopher Gorringe, przez wiele lat zarządzający AELTC i głos Wimbledonu, kibicom dobrze znany z megafonów. Do niego nie miałem śmiałości podejść. Co innego do Nicka Browna, członka klubu z jednej, a przyjaciela polskiego tenisa z drugiej strony. Przypomniałem mu, jak w 2018 roku wychodziliśmy z finału singla juniorek. Już wtedy Nick przewidział, że pewnego dnia Iga wygra także „dorosły” Wimbledon. Nie przeceniłem jego poczucia humoru, gdy zażartowałem, że mam do niego żal, bo nie powiedział mi, kiedy to się stanie. Przez siedem lat uchodziłbym za szaleńca, a w końcu wyszedłbym na proroka.
W sumie ni to bal, ni kolacja. Tańczyli tylko mistrzowie, natomiast najeść się mógł tylko ktoś już syty. Menu raczej degustacyjne, ale wykwintne i naprawdę smaczne. Po deserze był jeszcze czas na lampkę albo dwie białego wina i sesję zdjęć w podgrupach. Idealny moment, aby podejść do Igi i podziękować. W końcu to ona wywalczyła dla mnie „dziką kartę” na tę imprezę.
Od 13 lipca jestem jedynym dziennikarzem z Polski zaproszonym na Champions’ Dinner. W przyszłym roku chciałbym jedynie pozostać pierwszym.
Artykuł pierwotnie ukazał się w Tenisklub
